Mój bank podnosi kolejny raz opłaty za prowadzenie konta. Znowu czuję się wyróżniony...
Wiadomo, że większość kredytobiorców musi jakieś konto mieć, by było miejsce, z którego bank ściągnie sobie comiesięczny haracz, że pracodawca wymaga konta, żeby wpłacić parę groszy za pracę, no i że rachunki też trzeba gdzieś płacić... Wszystko drożeje, więc czemu nie opłata za konto? W dodatku takie skomplikowane (naładowane niepotrzebnymi usługami) konto jak moje... Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że konto było jeszcze rok temu darmowe, było też elitarne, i miało wysoki procent. Teraz widać kryzys dotyka wszystko i wszystkich, bo elitarność szlag trafił, a miesięczna opłata wynosić zaczyna tyle co rodzinne wyjście do kina (i to wcale nie na bajki typu poranek)... Dodatkowo w pakiecie dostaję niekompetentnych konsultantów... coraz wyższe opłaty za inne usługi bankowe... zawyżone oprocentowanie kredytu... zerowe oprocentowanie konta...
Swego czasu naiwnie sądziłem, że jeśli jest coś droższe to pewnie lepsze, na wyższym poziomie. Myślałem, że jeśli bank (co to był za BANK!) coś obieca to dotrzymuje słowa, bo nie ma to jak w BANKU, prawda?
Ciekawe, co taki BANK powiedziałby na usługę informatyczną charakteryzującą się następującymi cechami:
1. prowadzenie usługi: zero złotych i podwyżka tej opłaty co pół roku o dowolną wartość,
2. brak możliwości świadczenia darmowej usługi opisanej w pkt 1. bez wykupienia usługi dostępu do konsultantów,
3. elitarna obsługa klienta zagwarantowana przez dobrą ulotkę i konsultanta, który w razie potrzeby poklepie CIO po plecach,
4. konieczność korzystania z dodatkowych usług płatnych, np. opłaty za wystawienie faktury, opłaty za wysłanie maila, opłaty za odebranie telefonu, opłaty za złożenie oferty,
5. zapłata procentu od wartości usługi (dodajmy: dowolnie ustalanego) w trybie miesięcznym z uwagi na korzystanie z wysokiej jakości kadry dostawcy i jego know-how,
6. przymusowa możliwość korzystania z pakietu innych usług na preferencyjnych warunkach, czyli około 10-20% drożej niż oferuje rynek,
7. konieczność płacenia za usługi w EURO po ustalanym arbitralnie przez dostawcę kursie,
8. dostarczenie na wskazany adres "zabezpieczenia" w postaci 120% wartości kontraktu - najlepiej w postaci żywej gotówki.
Na pocieszenie powiem, że w moim cenniku opłata za usługę wynosi przecież dalej zero złotych i jest z pewnością etycznie doskonała, prawda?